Sokolski bez słowa pochylił się nad ciałem zabitego i obrócił je twarzą ku ziemi.
— RK-7! — rzucił do towarzysza. Ten błyskawicznym ruchem otworzył niedużą torbę przewieszoną przez ramię i podał Sokolskiemu maleńki, płaski krążek.
Sokolski ukląkł i przycisnął palcami krążek do szyi zabitego tuż pod potylicą. Rozległ się krótki, przytłumiony syk.
— Kiedy nastąpił zgon? — zapytał Sokolski wstając z klęczek.
— Około sześciu minut temu — odrzekł cicho Bradley.
Wszystko to stało się tak szybko i tak brutalnie wdarło się w przejmującą ciszę śmierci, że Stellę ogarnął nagły gniew na przybyłych.
— Idźcie stąd! — zawołała. — Idźcie! I tak już mu nic nie pomożecie. On przez was zginął! Przez was! — wybuchnęła spazmatycznym płaczem.
Uczuła dotknięcie czyjejś dłoni.
— Uspokój się, dziecko — usłyszała obok siebie głos Horsedealera, który uniósł rękę i począł głaskać ją po włosach.
Szarpnęła się gwałtownie. Zakryła twarz rękami i wybiegła z gabinetu.