Nie pamięta sama, jak znalazła się w swoim pokoju. Długo, długo płakała, jakby chciała wypełnić łzami pustkę, która nagle otworzyła się przed nią.

Potem popadła w jakieś odrętwienie. W półśnie przewijały się przed jej oczami Poplątane, bezładne majaki. Dalekie sceny sprzed tygodni czy lat splatały się w jeden obraz z niedawnymi strasznymi przeżyciami. Widziała patrzące na nią złowrogo oczy ojca i słyszała jego głos: „Zdradziłaś Celestię”. To znowu majaczyła się jej wykrzywiona sadystycznym uśmiechem twarz oprawcy z dyrekcji policji, a w uszy uderzał świst batoga spadającego na obnażone ciało Daisy Brown. Wreszcie tłum, ogromny tłum ludzi dążący gdzieś, nie wiadomo gdzie i przeciw komu… Raz po raz wśród tych splątanych obrazów zjawiała się wysoka postać Bera z zamkniętymi oczyma i krwawą plamą na piersiach. Czuła, jak skóra jej cierpnie, gdy widmo zrodzone w sennym majaku wyciąga ku niej ręce, gdy krok za krokiem zbliża się ku niej… Już, już ma ją pochwycić… Stella otwarła oczy. Nad nią jarzył się blado sufit sypialni. Powoli wracała świadomość rzeczywistości. Od drzwi dochodziło gwałtowne pukanie i zaniepokojony głos Horsedealera:

— Panno Stello! Proszę otworzyć.

Dziewczyna, która jeszcze przed kilku godzinami nie chciała nikogo widzieć, naraz odczuła gwałtowną potrzebę czyjejkolwiek obecności.

Zerwała się szybko z tapczanu i otworzyła drzwi. Na progu stał filozof w towarzystwie smukłego przybysza z Astrobolidu.

Twarz Horsedealera promieniała, a gość uśmiechał się jakoś dziwnie.

Stella poczuła, że znów poczyna ogarniać ją gniew. Z czego oni się cieszą? Już otwierała usta, gdy naraz niespodziewanie przybysz odezwał się swym trochę śpiewnym głosem:

— Przynosimy dobrą nowinę. Zabieg się udał.

— Ber żyje! — zawtórował mu okrzyk Horsedealera. Stella uczuła, że nogi uginają się pod nią.

— Ber? Ber… — wyjąkała.