— Nie możesz mi powiedzieć? — zasmucił się George Bradley.
— Niestety, nie — młody konstruktor zdobył się na odwagę, by powiedzieć chociaż taką prawdę.
— Jim… Jim… — powtarzał lekarz tonem wymówki. — Wiesz, jak bardzo cię kocham… A dopiero w tej chwili pierwszy raz naprawdę boję się o ciebie. Bo przecież wiesz, że nigdy nie chciałem ci być przeszkodą w żadnych planach życiowych. Więc teraz drżę, że to coś, czego mi nie chcesz wyjawić, to jakaś hańba. Że po prostu wstydzisz się przede mną. A to też niesłuszne. Znam życie i na własnej skórze poznałem, ile zasadzek stawia ono przed człowiekiem, a takim jak ty w szczególności. Im człowiek jest uczciwszy, z tym większą furią naciera na niego wszelkie paskudztwo. Wiedz, że podłość nienawidzi uczciwości tak samo, jak ty pogardzasz nikczemnymi czynami. Jest to prawo kontrastu.
Umilkł.
Jim oddychał ciężko.
— Wiec powiedz — podjął po chwili ojciec. — Ja cię nie potępię. Tylko doradzę, jak gdybym radził sobie.
Jim spojrzał nerwowo na zegarek.
— Spieszysz się? — zapytał profesor.
— Jeszcze nie. Za półtorej godziny lecę na Celestię II.
— No to mamy czas.