— A jeśli nawet, to… Co ty zrobisz przeciwko nim?

— Nie obawiaj się! — odparł profesor z błyskiem gniewu w oczach. — Nie obawiaj się! -powtórzył. — Zdepczę! Zniszczę! Zmiażdżę! Zastrzelę jak wściekłego psa! Jego czy ich! To mi obojętne. Sam zastrzelę, potem oddam się w ręce sądu! Ach, Jim, żebyś ty wiedział, jak ja strasznie nienawidzę szantażystów! Powiesz wszystko! Tak trzeba.

— Kiedy… ja musiałbym poruszyć takie sprawy, o których nie powinieneś w ogóle słyszeć.

— Mów, bo ja nie ustąpię — nacierał profesor. Jim odwrócił głowę, by nie patrzeć ojcu w oczy.

— Ty otrułeś Rosenthala? Cisza.

Dopiero po dłuższej chwili George Bradley odezwał się cichym, zmienionym głosem.

— Nie lękaj się patrzeć na mnie. Życie nie oszczędziło mi nawet tego, że ty wiesz… Tak bardzo się bałem tej chwili… Ale trudno. Nie myślę ukrywać. To prawda.

Stał na środku pokoju ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Siwa głowa pochylała się niżej… niżej…

Naraz wyprostował się.

— Tyle lat… Tyle lat… Byłem słaby… Sił nie starczyło… Za cenę ludzkiego życia… Podszedł do syna.