Począł bębnić palcami po rękojeści elektrytu ukrytego pod bluzą na piersiach. Przed chwilą zapłonął reflektor na płycie startowej Celestii — znak, że Jim wykonał powierzone zadanie.
Green do ostatniej chwili nie był pewny, czy młody Bradley ulegnie. A jednak Jim zdecydował się.
Czekał na tę chwilę od wielu, wielu miesięcy…
— James! Już czas! — powiedział do smukłego pilota pochylonego nad pulpitem kierowniczym. — Włącz autosterowanie i nadaj sygnał wywoławczy. Wszystko powinno odbywać się tak, jak zwykle. Nie wolno wzbudzić ich podejrzeń.
Rakieta zbliżała się wolno do jasno oświetlonej śluzy Astrobolidu.
Greeri patrzył krótką chwilę w światło, potem odwrócił się ku pięciu młodym ludziom oczekującym rozkazów. Byli to rośli, zgrabni, specjalnie dobrani chłopcy, z których najstarszy liczył najwyżej dwadzieścia parę lat.
— Pamiętajcie! — powtarzał Green ostatnie instrukcje. — Wszystko zależy od waszej zimnej krwi. Żadnym ruchem nie wolno zdradzić, jaki jest cel naszej wizyty. Aż do chwili, gdy dam znak, jesteśmy po prostu gośćmi. W czasie „eksmisji” nie wolno dopuścić do żadnych starć, nawet do zamieszania. Broni używamy tylko na postrach. Wszelki przelew krwi byłby nie tylko szkodliwy, ale może również tragiczny w skutkach. James zostaje w rakiecie i po naszym odejściu w głąb statku zawiadomi Lucy Dalton, aby przygotowała się do wprowadzenia rakiety z dziewczętami. Natomiast po „eksmisji” każdy zajmuje wyznaczone stanowisko i odlatujemy z pełną mocą silnika, gdyż każda minuta będzie tu znaczyła bardzo wiele.
Tymczasem rakieta została już pochwycona przez wielkie „łapy” i przesunięta w głąb tunelu zamkniętego polami odpychającymi.
— Ciśnienie? — zapytał Green pilota.
— Już normalne — odparł James patrząc na manometr.