— Źródła tych niepokojących zjawisk należy szukać zarówno w pewnych procesach fizycznych i chemicznych, jak również w tym, co Summerson i jemu podobni zwą „odwiecznym porządkiem”. Chyba nie potrzebuję ci wyjaśniać, iż groźba zagłady nie polega na jakimś nieuchronnym fatum: po prostu w naszym ograniczonym świecie wyczerpują się pewne składniki, pewne substancje konieczne do życia i rozwoju. Może nawet nie wyczerpują się, ale rozpraszają tak, iż nie jesteśmy w stanie skupić ich w jednym miejscu i zużytkować. Zamiast zasilać nasze organizmy poprzez glebę i powietrze, poprzez rośliny i zwierzęta, które służą nam za pokarm — wsiąkają w ściany naszej „almeralitowej puszki”, giną wśród zakamarków naszego świata tak, że coraz trudniej je odnaleźć. Gdy porównujemy stare wizerunki ludzi z dzisiejszym wyglądem przeciętnego mieszkańca Celestii, czy nie rzuca się nam w oczy różnica? To nie tylko fantazja malarza: dawniej z pewnością ludzie byli zdrowsi i piękniejsi. Nie zżerały ich wrzody i reumatyzm, nie umierali na choroby tarczycy i innych gruczołów dokrewnych. Nie rosła tak zastraszająco liczba schorzeń psychicznych. Boję się, bardzo się boję, że nie minie wiek, a staniemy się społeczeństwem obłąkańców.
— Ale jaka na to rada? Jak zagwarantować dostateczną ilość pierwiastków, koniecznych do podtrzymania życia?
— To nie jest łatwa sprawa, ale nie wydaje mi się, aby była beznadziejna. Rozpraszanie się jest tylko jedną z przyczyn ubywania ważnych substancji. Proces ten można by znacznie opóźnić. Niewykluczone, że tymczasem udałoby się wynaleźć jakieś środki zaradcze. Może stosując substancje zastępcze, może usprawniając cyrkulację pierwiastków w przyrodzie.
— Więc dlaczego się tego nie czyni?
— Dlaczego? Gdyż tak „mądrze i wspaniale” zbudowany jest nasz świat, że nie hamuje się, lecz wręcz odwrotnie — przyśpiesza się proces zubożenia pokarmów. Przecież wiesz, że Morgan, David, Summerson i inni gromadzą pierwiastki, których jest coraz mniej. A czyż pomysł oparcia pieniądza na jodzie nie był iście szatański? Za miligramy jodu zawarte w metalowych krążkach, służących jako powszechny środek wymiany, możesz kupić wszystko, co ci do życia potrzeba. Czyż to nie paradoks, że aby zdobyć pokarm coraz uboższy w jod, płacimy jodem? Zamiast krążyć w przyrodzie, zapełnia skarbce „sprawiedliwców” zamknięty w błyszczących płytkach doliodów. Zbierają go oni skrzętnie „na czarną godzinę”. Ale może bliższa ona i inna, niż się spodziewają… -w głosie Horsedealera spod powłoki gorzkiej ironii wydobyły się na chwilę tony nienawiści i groźby.
— Nie mogę tego zrozumieć. Przecież to prowadzi do zagłady świata. Czy oni tego nie pojmują?
— Nie wątpię, że pojmują, a przynajmniej wielu z nich, ale ten brak substancji niezbędnych do życia i rozwoju stał się ważnym narzędziem ich władzy. Zapytasz ich: a troska o przyszłe pokolenia wędrowców? Powiedzą ci: „niech się one o to martwią, naszym dzieciom i wnukom wystarczy to, co głęboko ukryliśmy w skarbcach”. Na jak długo wystarczy? „W każdym razie na dłużej niż dla «szarych». Lepiej doprowadzić do końca ś wiata, niż utracić władzę”. Oto filozofia „sprawiedliwców”. Oni zdają sobie dobrze sprawę z tego, iż aby uratować świat, trzeba wielu fizyków, chemików i lekarzy, trzeba upowszechnić wszystkie odkrycia nauki i techniki, trzeba dopuścić do swobodnego rozwoju myśli, trzeba zerwać zasłonę biblijnych dogmatów, trzeba odsłonić przed ludźmi całą prawdę o sytuacji Celestii. A to oznaczałoby koniec ich władzy. I dlatego wybrali zagładę świata.
Urwał na chwile. Wzbierała w nim burza.
— Oto jak w rzeczywistości wyglądają frazesy Summersona i jemu podobnych o przeznaczeniu Celestii — wybuchnął z sarkazmem. — Oto „kraina wiecznej sprawiedliwości i szczęśliwości”! Czy istotnie to, co pozostawiliśmy poza sobą, było gorsze od tego, co widzimy przed sobą? Może prapradziadek Sanders miał rację wybierając rzekome piekło, a nie wegetację w „almeralitowej puszce”?
— Dziwne rzeczy pan mówi. Dziwne i straszne… — wyszeptał Kruk.