Było w tym nieco przesady. Stosunki między konstruktorem a córką prezydenta nie przekraczały nigdy granicy sportowego koleżeństwa.
Stella bardzo lubiła Bernarda. Lubiła słuchać opowiadań konstruktora, odpoczywała duchowo, gdy był z nią. Nie wiedziała sama, kiedy uczucie przyjaźni przerodziło się w miłość, choć ukrywaną, jednak coraz potężniej dopominającą się o swe prawa.
Aż nagle… Najniespodziewaniej w świecie ojciec wyraził zgodę na jej małżeństwo z Bernardem, zgodę zagwarantowaną własnym podpisem i wielką pieczęcią prezydencką.
Teraz ogarniał ją niepokój, czy radosna prawda nie rozwieje się jak piękny sen. Dlatego chciała ujrzeć Kruka, usłyszeć od niego samego to, w co wierzyła, a zarazem nie śmiała wierzyć.
— Ber… — powtórzyła cicho. — Jak dobrze, że jesteś… Kruk patrzył w jej oczy bez słowa.
— Ber, dobrze, że jesteś… — wyszeptała. — Dlaczego nie było cię dziś na basenie? A ja byłam, czekałam nawet trochę, myślałam, że wyjątkowo się spóźniasz. Tak nie można, Ber — dodała z figlarnym uśmiechem.
Nadzorca wstał i dyskretnie się wyniósł. Młodzi stali teraz naprzeciw siebie, sami, w ciszy, która mimo dalekich odgłosów pracy maszyn pozwalała im słyszeć tętno własnych serc.
— Nie cieszysz się, że przyszłam? — zapytała dziewczyna, choć radość bijąca z twarzy Bernarda kazała wierzyć, iż chyba nawet na Juvencie nie czułby się lepiej.
Konstruktor ujął dłoń dziewczyny.
— Cieszę się, Stello… — wyszeptał. — Cieszę się, że mogę tak prosto wymawiać twoje imię, patrzeć w twoje oczy bez obawy, że ktoś doniesie o tym prezydentowi, wreszcie… no, cieszę się tym… że kiedyś w życiu…