Zabrakło mu słów. Stał wciąż trzymając w dłoniach jej rękę.
— Tak, tak, Ber… — usłyszał drżący wzruszeniem szept Stelli.
Trzask otwieranych drzwi otrzeźwił zakochanych. Jim Bradley wraz z technikiem stanęli pośrodku kantoru.
Zatrzymali się zdziwieni obecnością córki prezydenta. Młody asystent w zakłopotaniu nie mógł wydobyć z siebie słowa.
— Będziesz jutro na basenie? — spytała Stella Bernarda, niezadowolona i już zdecydowana odejść.
— Będę.
— Pamiętaj — rzuciła od drzwi.
Krukowi wydawało się, że przebudzony został z pięknego snu. Zamyślonym wzrokiem spojrzał na przybyłych.
— Policjanci zabrali tamtych dwóch — powiedział Bradley. — Mówili, że dłużej czekać nie mogą, bo od szefa mieliby co słuchać.
Dopiero teraz Bernard przypomniał sobie, po co tu przyszedł.