— Oni są nam ogromnie potrzebni — wtrącił technik. — Przy takim bałaganie ani za robotę nie można odpowiadać, ani nic… Ja za trzech nie myślę pracować. Czy oni prędko wrócą?

Kruk podszedł do telefonu.

— Dyrekcja policji? Proszę z dyrektorem Godstonem. Halo! Tu mówi Kruk. Pańska policja aresztuje moich pracowników. Jak w tych warunkach mogę wykonać polecenie prezydenta? Musicie zwolnić natychmiast tych dwóch aresztowanych w Sial Celestian… Tak! Koniecznie! To są fachowcy niezbędni przy montażu. Co?

Na twarzy Bernarda odbiło się zakłopotanie.

— Co?… Za działalność przeciw władzy państwowej? Przeciw osobie prezydenta? Tak. Rozumiem… Tylko prezydent… Osobiście zadzwonić? Tak! No, to do widzenia.

Bernard powiesił słuchawkę i zamyślił się głęboko.

— No i co? — zapytał niepewnie Jim Bradley.

Kruk pomilczał jeszcze chwilę, potem machnął ręką, jakby chciał odegnać ponury cień zasnuwający niedawno jeszcze tak żywy i czysty obraz Stelli.

— Muszą zastąpić ich inni.

— Cóż pan powie dobrego?