w powietrze światło wlewał, aż stało jak naczynie

pełne żywego ognia. I matkę w górę wiódł,

gdzie się przejrzyste stropy topiły niby lód.

«Matko — mówił — to w tobie się tylko zebrał cień,

nie płacz, matko, to źródła widzisz bijące życiem,

niedostrzegalne, matko, płomienne boże wici25,

co są nad trwogę, matko, nad grozę i nad śmierć».

I dalej szli w milczenie, w obłoków drżące lilie,

w zielone zdroje światła, w drgające żyły drzew,

aż tylko ptak, maleńki w fontannie bzów pozostał.