i objął matkę wpół, i razem szli w milczenie

jak kiedyś, jak w dzieciństwie szli w nieobjęty świat.

A rano świt nadymał ogromne białe niebo,

na oknach szorstki puch i chłód trumienny szedł.

«O synku, o mój miły — płakała — ty bez chleba

drętwiejesz, o mój synku, w tobie zamarzła krew.

Jakeś ty do mnie przyszedł, jakeś ty czas ubłagał?

Ja wiem — to już nie kwiaty, ja widzę śnieżne pola

i bat nad tobą wężem, i twoja postać naga,

co biegnąc tak się z wolna zamienia w ludzki ślad...»