I przyszedł drugi raz, a z nim zielony blask,

a za oknami wtedy kasztany w ogniu stały.

Była wiosna. On dłońmi — w których mu płomyk gasł —

w powietrze światło wlewał, aż stało jak naczynie

pełne żywego ognia. I matkę w górę wiódł,

gdzie się przejrzyste stropy topiły niby lód.

«Matko — mówił — to w tobie się tylko zebrał cień,

nie płacz, matko, to źródła widzisz bijące życiem,

niedostrzegalne, matko, płomienne boże wici1,

co są nad trwogę, matko, nad grozę i nad śmierć».