I dalej szli w milczenie, w obłoków drżące lilie,

w zielone zdroje światła, w drgające żyły drzew,

aż tylko ptak, maleńki w fontannie bzów pozostał.

«Matko — słyszała jeszcze — to ptak, co niesie śpiew

dla mnie tam, kiedy czasem umieram. On na sosnach

za drutem siada blisko i głos jak żywa krew

spływa we mnie. Niech da ci jeszcze ostatni znak.».

A rano, kiedy oczy zlepione płatkiem bólu

otwarła — na kasztanie jak kryształowy flet

polał się głos i zamarł. Płakała: «Synku mój,