Biją źródła mosiężne, dźwięk przechodzi w światło.

Rosną liście płomieni w obłoku, co drżąc

rozstępuje się drzewom jak ramiona snom,

i grzmią rumaki burzy, nim je wiatry zatną.

A potem znów milczenie. Na bezludny gwar

i niebo się po płatku rozwija z krwi barw

i blade stoi w dole i na górze łuną,

a przez nie ożywione białe kwiaty suną,

które są oczyszczeniem formy i zamysłem,

jak anioły bez skrzydeł albo dąb bezlistny,