i na biegunach cieni w głąb pastwiska koń —

przebiega. Ludzie oczy unoszą z daleka,

uśmiechają się, ręce w powitania kwiat

wznoszą, jakby mówili: «Płyńcie. Tyle lat».

I z uśmiechem zostają pogodni i sami

z tym sercem rozdzielonym na światło i kamień.

A ta rzeka unosi nie trwając ni chwili,

a czasem takie ręce żelazne unosi,

a czasem w niej westchnienie, co o oddech prosi,

i myją krwawe dłonie ci, którzy zabili.