jak drzewo ptaków tryśnie w niebo,
za mną się ciała ich kolebią
i spada głos jak zlękły listek.
I zanim dłoń uniosę w górę
i chmur wędrówkę kreślić pocznę,
widzę te oczy złe, wyroczne
i te spojrzenia, co jak sznury.
I pobojowisk wężowiska,
i mrówki ciemnych słów oblepią,
i zamarznięta przestrzeń, niebo,