A pod piosenkę — ciche powtórzenie wrzawy,

szły szeregi zdziwione, jakby ziemią sięgając do chmur,

gdzie w kolebce kotliny, w mrocznych stadach trawy

kołysał się na liściu maluteńki stwór.

I śmiały się zwierzęta — wędrujące góry,

z ostatniego potomka burzy,

kiedy wodził palcami w koczowniczych chmurach

i wróżył.

Marszczyły się i tarły grzebieniami grzbietów

o niebo z ognia pełne dziwnych figur,