idą, kiedy za nimi świt nie zapłacze

mlekiem błękitnym. I tak stygną z niemi

i przechodzą żelazem — karty czarnej ziemi.

A tyle rzeczy czeka jak spod dłoni — nowych

na nadawanie imion. Jak zwierzęta stoją,

tak smutnieją mijane i schylają głowy,

aby przeżuwać zapomnienia zmierzch.

O zatrzymać! Płacz milknie. Znów przywala grób,

znów sen się kładzie głazem mruczący jak lew

i niebo jak kolumna. Stygnie w urnach krew,