miasto wyleje rzeką szeroką do morza.

Odpłynę wiotkim statkiem w szerokie ramiona

horyzont pęknie jak szklana obroża

pożegnają mnie ciszą gęstych drętwych zmierzchów

iluminacje światła jak ostatni pożar.

Aż strącony burzami z szorstkich liści palmy

zapędzony nocami w ślepy, cichy atol2

wycharczę czarną perłę konający nurek

i błękit tylko

w zmierzchach wchłonie mnie jak zator...