do jej dłoni błękitnych od chłodu

i wznosiły nozdrza mokre i czarne,

jakby w piersiach jej przeczuły sarnę.

Widział Tytan Swiatłołunę i pokochał,

rzucił stada gór lodowych i gromów

i co rano przed płynącym lasu domem

dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach,

aż z przestrzeni taki żal wywabił,

że na liściach osiadało łzami.

Tylko z dali ryczały porzucone lodowce