przechodziłem od chmur cmentarnianych...

Po kolumnach drzew świtem różowych...

parki gęsto omszyły łuk ulic,

taktem nocy schodziłem na przestrzał

w ciężkiej barwie wypukłych dni-kuli

przez brzeg morza od świtu różowy...

Zieleń parą błękitną wybuchła,

czułem ciszę czerwoną i gładką

tego dnia, gdy wracałem do piekła,

wybarwiłem ostatni raz: «Matko!»,