traw złotych poczynają w rozrąbanej ziemi,
i słyszę, gdy powstają rycerze przez siłę
i przez światło. Od blasku jeszcze stoją niemi,
jeszcze palce prostują jak łodyżki młode
i widzą świat przez ciepło jak przez drżącą wodę,
jeszcze im puch porasta na kitach czapraków2,
a już się palce w wietrze dziesiątkami ptaków
rozfruwają po niebie i zgarniają przestrzeń
i dudni rozwiązane jak supeł powietrze,
i dudni, choć szkielety krzyżów jeszcze gniotą.