jak go nazwała po imieniu. Śliska

ulica w śniegu nikła. Grajek zginał piłę

i cienki głos przeszywał i oddalał czas —

jak w tamten wieczór śmierci. Już był u tych okien.

Stół biały, wigilijny, posypany mrokiem

i ona tam samotna. Płomień śniegu gasł

od chłodu, który przyniósł, i powiew westchnienia

zatrzepotał, i stanął znów u jej ramienia

jak w tamten wieczór śmierci. «Mój miły — mówiła —

oto samotność moja, łzy i tych łez siła,