— Nie kul się, nie kul — śmieje się Gruda — to nasze, angielskie.

XIV

Owej nocy pojęli prawdziwie, czym jest artyleria.

Pierwsze strzały krążowników, dotąd uśpionych w fiordzie, a może baterii lądowych w dole lasu za nimi, musiały trafić w jakieś składy portowe węgla czy paliwa, bo naraz zza góry buchnął olbrzymi fajerwerk blasku i opadł, jakby sam w sobie się spalił. Po tym blasku, po raz pierwszy od całych tygodni, zrobiło się na chwilę aż ciemno. Od strony, gdzie pozycje niemieckie przesłaniały Ankenes i Narwik, podniosła się szeroka, rudziejąca łuna, rozlana po niebie nisko, trwająca. Na jej tle ziemia o kilkaset metrów przed nimi poczęła naraz w takt wybuchów tryskać czarnymi gejzerami grud, walących się wyraźnie krzewów, gałęzi, drzewin. Właśnie na owym tle pożarnym rysowało się to z niezwykłą wyrazistością konturów. Było tak, jakby jakiś cep niewidzialny rozmłócił się nad owymi wzgórzami i wszystko, co na nich było, rozpryskiwało się i uskakiwało, jak rozpryskuje się po stodole plewa. Cep walił zaś równomiernie i to także było widać najwyraźniej. Przechodził kolejno załomy, wykroty, falistości i upłazy całego górskiego garbu, obstukiwał jego zadrzewienia, wgniatał w skalistości. Z tarasu poczęły lecieć do góry kamienie, odpryski skały, odłamki. Jakiś pocisk, puszczony widać za blisko, spadł naraz w sam środek kotlinki, o sto metrów przed nimi, aż ziemia zafurczała w gałęziach, a głowy leżących odruchem karków zsunęły hełmy na nieokryte szyje. Ale wtedy wyglądało to nie tak, jakby w ziemię coś padło, ale raczej jak nagłe tryśnięcie z głębi ziemi ukrytego w niej dynamitu. Pozostała potem ciemna plama, wyrwa, która jeszcze wokoło siebie poplamiła czarno resztki śniegu. Na chwilę zastygli w tej samej obawie, czy po pierwszym mylnym pocisku nie pójdzie drugi i trzeci. Ale następne, jeden po drugim, wróciły na dawny szlak, tnąc raz po razie linię horyzontu, na której musieli być Niemcy. Milczenie Niemców było podkreśleniem artyleryjskiej przemocy. Milczeli, jakby ich nie było. „Może uciekli” — wałęsała się u niejednego półświadoma nadzieja. Armaty raz po razie wyrzucały z siebie pociski, dudniące w przelocie nad nimi, ale siła tych paru baterii była zbyt słaba, by powstał prawdziwie huraganowy ogień. Między strzałami rozwieszały się więc przerwy i w te przerwy zapadały echa grzmiące, głuche, przytępione i ostre, echa odbijające się od tych wszystkich gór, które zaległy tu garbami ogromnymi na wschód, zachód, północ i południe od owego miasta. Czasem stawało się tak, jakby echo spływało po stokach i rozlewało się krąglistymi falami po martwocie fiordu, podpływając słabnącą falą aż pod owe szare krążowniki, widne poprzez drzewa, teraz co kilkadziesiąt sekund łyskające ogniem, po którym przychodził huk.

W brzeźniakach koty 405 jakiś żołnierz o pobladłej twarzy, prawie dziecinnej, powtarzał sobie, jak lekcje sztubackie, ruch rzutu granatem.

Któryś, niżej od niego, odbezpieczył suchym trzaskiem broń.

Któryś, skulony, drzemał. Wyglądał w tym skuleniu bezradnie i nieprzyjemnie. Jak trup.

O kilka kroków od Płużańskiego przysiadły na pniaku Gromnica patrzył oczami niedającymi się zadziwić, jak o paręset metrów przed nimi w las brzóz wiotkich jak młode olchy wkarczowywały się ze świstem, hukiem, łamaniem drzewa i rozorywaniem ziemi pociski angielskie.

Niewidoczny, bo za tym załamaniem góry jeszcze wciąż ukryty, palił się Narwik powolnym, stałym płomieniem, który, raz wybuchnąwszy, ani nie rósł więcej, ani nie dogasał.

Po górach, wzdłuż linij bojowych, oczekiwanie wzmogło się teraz w tym łoskocie, jak przedtem pęczniało w ciszy.