Po raz tej nocy wtóry czekano na nowy znak.
*
Naraz, po którymś z rzędu wystrzale, nie przyszedł następny. Echo rozniosło się swobodnie; żaden nowy huk nie wpadł w jego słabnące, jak fala daleka, odzewy. Leżący po linii podnosili głowy; nic. Oczy w bladym półmroku szukały teraz rozkazu oficerów. Oficerowie z Czeczelem i Grudą patrzyli na tamte pozycje na lewo i prawo od nich.
Trwała długa, nieprzyjemna chwila. Michałek, wtulony w jałowiec, wciąż przy erkaemie, obejrzał się, czy podchorąży jest za nim, w owym chojniaku. Był. Wisieli na owej skarpie tam razem, jakby spięci ze sobą tym samym wypatrywaniem męczącym, oczekiwaniem coraz bardziej nerwowym.
Naraz od prawej, w owych górskich białych przestrzeniach, na wprost tarasu, „fasolki” i nienazwanych nawet pozycji niemieckich, rozsiekło się grzechotanie karabinów maszynowych, coraz dłuższe, coraz mniej urywane.
Andrzej popatrzył i odwrócił głowę: za daleko.
— Michałek, uważajcie tam przed siebie — upomniał.
Nie, nie trzeba tam patrzeć, jest odcinek własny, najbliższy, trzeba go utrzymać. Tu.
— Kooomp... — leci z daleka, poprzez tamte strzały, jakieś wołanie podnoszące się jak ptak w locie.
— Naaaaprz... — załamuje się inny okrzyk w zdwojonym paroksyzmie strzałów.