To już krzyk rozkazów, ludzki krzyk, wcisnął się na miejsce tamtego milczenia i niedawnego huku. Samogłoski wyzwalają się z ucisku słów i wzlatują wysoko, dalekim lotem nad górę. Karabin maszynowy, bliższy już teraz, rozdzwania się szczękiem metalicznym. Całe prawie skrzydło zaczyna grać strzałami, ożywać dalekim wołaniem.

W tej samej chwili, po lewej, tuż blisko, tyle że ten las i załomy terenu przesłaniają, odzywają się dwa niemieckie karabiny maszynowe, blisko, tuż, zajadle. Straszliwie wyraźnie. Odróżnia się doskonale ich głos, taki inny. Ile? Czterysta metrów? Trzysta? Góry tak mylą. Ale łoskot jest taki niedaleki.

— Panie podchorąży, tam nasi.

Istotnie. Lasem po lewej stronie, w kierunku na Niemców, biegnie kilkunastu ludzi, znowu kilkunastu... Jeden niesie karabin maszynowy. Znowu karabin maszynowy... Zaszli za olszyny... Nie strzelać...

Za moment las w lewo grać poczyna strzałami luźnymi, padającymi samotnie, wplatającymi się w równe ściegi maszynowych strzałów. To już nie urywki słów rzuconych; to całe wykrawki komend. Karabin maszynowy wcina się w nie jazgotem dźwięcznym:

— Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta...

Milknie i znowu rozsypuje się z innego miejsca takim samym szczękiem. Wpada w nie inny szczęk i jeszcze inny.

— Wziuuuu — rozśpiewuje się coś przeciągle.

To kula zbłąkana tutaj. Nikt nawet na nią nie zważa.

— Wziuuuu — prześwistuje druga.