I naraz, w pełni napięcia, upadek w ciszę. Głęboki, wielosekundowy, wielometrowy jakby upadek. Nic.
Ustało wszystko.
Niepokój.
To prawda, że tam na prawo, daleko w górach, szczeka jakiś cekaem, dalej strzały wypadają samotne. Ale tu z lewej wszystko było o miedzę. Tyle, że niewidoczne. Naraz nic. Co się stało? Jakby w ziemię zapadli. Czyżby już doszli? Czy Niemcy się poddali? Nie było ani jednego wybuchu granatu; na pewno przy samych pozycjach walka szłaby już na granaty. Ani jednego wybuchu. Powinni zajść już na tamtą, ankeneską, narwicką stronę stoku. Schodzić do fiordu. Jeśli przełamali opór. Ale dlaczego w takim razie nie widać tam nikogo? Nic.
Powoli staje się coraz jaśniej. Jeszcze daleko do rana, czyli do słońca, ale najciemniej tu bywa przed północą. Ziąb za to schodzi z tych gór, jakby w ślad za zgłuszoną strzelaniną. Ci tam mają używanie. Ale co tutaj? Co z tymi, którzy minęli ich z boku, widoczni zupełnie w tym rzadkim lesie?
— Michałek! Michałek!
— Pan podchorąży?
— Nic, tylko uważajcie, jak teraz, tak cicho.
— Mnie się też coś ta cichość nie wydarza...
Mijają odliczone zegarkiem, długie chwile. Na prawo wciąż coś idzie.