— Panie podchorąży, nasi tam już do tego fiordu doszli?

*

— Ale tam na górze to się tłuką.

Rozmowa wśród leżących toczy się półgłosem, jakby do zagrzania, do rozbudzenia.

— O, łapiduchy188!

Rzeczywiście, za nimi, o sto metrów niżej, po lewej, owym nagim stokiem, o który wczoraj wieczór troszczył się Czeczel rozstawiając erkaem, pojawili się sanitariusze. Idą wolno pod górę, tam, gdzie znikli w lesie ci przedtem.

Pierwszy znak jakiejś obecności.

— Tam jednak strzelają — powiada Gruda.

Dobrze się wsłuchał. Istotnie przed nimi, w lewo nieco, znowu strzały. Tylko zgłuszone. Wiatr zły? Nie; nie ma wiatru. Góra zasłania? Może. I głuchość tych odgłosów przed nimi napręża jeszcze bardziej cięciwę wyczekiwania.

— Strzelają, strzelają — powtarza któryś ze strzelców.