— Panie podchorąży, tam ktoś idzie!

To Michałek pokazuje w las. Nie. Nic. Ale nie, rzeczywiście. Nie idzie, ale biegnie, nogami włócząc, przystaje, pędzi dalej, ku nim. W mundurze khaki. Swój, bez karabinu.

— Stój! — woła Czeczel.

Tamten nie obejrzał się nawet i uskoczył za drzewa, znikł. Nie zrozumiał? Zbieg? Nie wiedzieć nic. Tam, gdzie znikł, znowu ktoś biegnie i ktoś drugi ku tyłowi, i jacyś dwaj kogoś tam wloką czy niosą...

Oczy ludzi zamarłych nieruchomo na wzgórzu zastygają w domysł, który dopuścić do wysłowienia straszno.

Powiało niepokojem.

Zza sągów prosto ku nim wychodzi nowy żołnierz. Biegnie wprost na nich. Nie widzi ich. O kilkanaście metrów odrzuca go prawie:

— Niemcy! Niemcy!

— Milczysz, skurwysynie! — rozkrzykuje się Andrzej rykiem.

Tamtego podrzuca coś, ocuca. Odruch głowy: