Kula przeszła mu gwizdem tuż, tuż. Pluton zasadza się. Czy nie wycofać? Oderwał się zanadto naprzód. Z boku ktoś idzie. „Żeby mieć tu szkła, dobre szkła”.
— Panie poruczniku; nasi, to nasi!
Wielkie wołanie ulgi. Z boku istotnie idzie cała ława naszej tyraliery. Zrówna się z nimi niebawem. Dzielić ich będzie tylko ten jar moczarowaty.
— Naprzód! Naprzód!
Żaden strzał nie pada. Nic. Musieli strzelać jacyś ostatni uciekający, w popłochu ucieczki... Myśleć nie czas. Pluton w rozpędzie biegu, waląc jeden przez drugiego, bez ociągań i pozostawań, wbiega na linie grzbietowe garbu, zaczyna zbiegać na stok.
— To jest ten taras.
Prawda. Są teraz na tarasie górskim, tym samym, z którego wtenczas łupiono do nich bezkarnie.
— Całe obozowisko niemieckie.
Istotnie. Wszystko pozostawione bezładnie. Koce, płachty namiotowe, konserwy, broń.
— Patrzcie, Narwik!