Narwik, miasto, o którym mówi się i myśli, dla którego to wszystko się dzieje, miasto, które dostrzegali chwilami w tamtej walce, z koty 405, teraz wyrasta na dole przed nimi, otwarte zupełnie. Widzieli je zawsze na tle gór, jak pierwszego dnia po owym marszu, lub na tle morza i ziemi, jak w tamtej walce dwudniowej. Teraz jest prawie całe okąpane morzem, bo patrzą na nie od gór. I jak w południa pogodne jest taka jasność pogodna wody, rozlanej szerokim rozlewem, błękit, który białość miasta ukrysztaloną w domy podnosi swym kontrastem. Węższa odnoga fiordu, która dzieli brzeg Ankenes i Nyborga od narwickiego portu, jest sina głęboką sinością górskich jezior, rozsiadłych w przepaściach.
— Narwik, Narwik!
Zmęczenie opada na widok, jaki otwiera się przestronnie przed tymi ludźmi, którym w długie godziny walki jedynym horyzontem była kępa niewielka, drzewinka mała, wykrot lichy, skiba199 ziemi. Teraz świat się przed nimi otwiera jak kwiat, w nagrodę z owym miastem, morzem, wstęgą gór białych na dalekim widnokręgu. Oczy syci cała białość miejska, z pustkowi tych tak wypragniona, niebieskość nieba i morza bezmierna przestrzeń.
Oko opada niżej.
Niżej to stok garbu, już ten, który schodzi do Ankenes. Jest i Ankenes! Teraz dopiero widać domki o dachach, które się zapadły, o ścianach urwanych w połowie jak tasakiem kucharskim. Coś, co było może składem, a może szkołą, jakiś dom większy, żarzy się jeszcze niedopaleniami. To po wczorajszych armatach. Wyrwy ogromne, jak ślady potworów, rudzieją na białej szosie, na zielonawej łące, na bruku rynku.
Między nimi na tym garbie a owym miasteczkiem, nad samym fiordem, jest jeszcze kilkaset metrów, kilometr chyba stoku. I otóż ten stok jest jednym wielkim brzozowym lasem, rozchwianym zielonością majową, przeogromną, jak samo zwycięstwo. Po tym lesie może przemykają się z lękiem ostatni Niemcy, może zamierają w bólu ranni, którym nikt pomocy nie niesie. Ale las wyzielenia się nad to wszystko najpiękniejszą barwą młodej, budzącej się w świecie, nadziei.
Z półwyspu narwickiego za morzem i z owego lasu na końcu samym garbu dolatują wciąż jeszcze strzały.
*
Poderwali się i biegną owym lasem, było nie było, w trzecim kolejnym szturmie. Wybiegali tak i padali, przesiani ogniem maszynowym.
— Oni te erkaemy mają już wstrzelane — stwierdza Płużański.