— O, znacznie silniejszą. Ale to nie znaczy, żebym czuł też potrzebę otrzymywania odpowiedzi. Przeciwnie. I to jest dziwne, że pisałem, jakby te odpowiedzi nigdy nie miały nadejść, jakby ich nikt nie miał napisać...
— I pisał pan, prawda, do wielu osób? Nawet do mało znajomych?
— Tak, jak na mnie, to nawet do bardzo wielu... Pan widział moje listy?
— Skądże?
Andrzej wytrzymał na swej twarzy długie spojrzenie Wolskiego, nie widząc, udając, że nie czuje, patrząc wciąż przed siebie, na kotlinkę pod nimi, daleki upłaz, fiord. W milczeniu, jakie zapanowało, słychać było dochodzące z tyłu, zza stanowisk, głosy strzelców grających w karty. Andrzej zapragnął nagle odejść, zmienić temat rozmowy, rozstać się z Wolskim. Ale ten miał niespodziewaną potrzebę wynurzeń:
— Wielka biała ściana, która zagradza wszystko... To było mniej więcej tak właśnie. Aż dopiero teraz przestało to być dręczące. Oswoiłem się z tym.
— Kiedy się pan oswoił? Tu?
— Tu.
— Patrząc na tamto tam?
— Patrząc na tamto tam.