— I pan patrzy może na... na tamto tam, jakby pan to już kiedyś w życiu widział?

— Nie. Co za literackie określenie... Ale swoją drogą jak na coś, co jest takie dziwnie nieobce.

Rozmowa urwała się znowu. Patrzyli teraz razem na to nieobce. Niewielki występ, na którym leżeli, wysunięty poza pozycje przejęte tego ranka po Anglikach, zwisał nad kotlinką wydłużoną nieckowato, która sama stanowiła wklęsłość wysokiego, spłaszczonego u grzbietu górskiego garbu. W kotlince leżał jeszcze śnieg grubymi, wielkimi płatami, które tylko gdzieniegdzie zaczynały się przedzielać rudymi plamami mchów lapońskich, zeszłorocznej trawy i pokarlałych drzewek. Paręset metrów dalej kotlinka podnosiła się znowu i przechodziła w długi, podłużny płaskowyż, równoległy zupełnie do linii stanowisk. Dalej w prawo cały garb podnosił się silnie do góry, stawał się mniej porosły lasem, bardziej skalisty i zaśnieżony. To, co widzieli, było raczej bez wyrazu i bez uroku; krzaki wpółprzywalone śniegiem, niewielkie chojniaki, kępy brzezin, usypiska, porosty bagienne — wszystko, co wyrasta na ziemi iłowatej, chudej, kwaśnej, w klimacie wilgotnym i bezsłonecznym. Ale z dwóch stron okolone to było morzem fiordu. O tej godzinie popołudniowej bardzo jasnego dnia morze, widziane z wysokości kilkuset metrów, było silnie błękitne, prawie zielonkawe, jak górskie jeziora oglądane z wysokich przełęczy. Wszystko, co się widziało z bliska, to skarlałe, zmarniałe, ubogie, ujęte było w uchwyt tej wielkiej wodnej roztoczy, sennej, znieruchomiałej, ogromnej. Góry, jakie rysowały się po tamtej stronie fiordu, miały już błękitnawą szarość oddalenia.

Nisko pod nimi, a zarazem przed nimi, zaraz za tą kotlinką i płaskowzgórzem, rysowało się wyraźnie miasto. Między nimi a nim wcisnęła się odnoga fiordu, ale odnoga ta była wąska i z ich pozycji zupełnie niewidoczna. Andrzej przez chwilę oceniał odległość. W linii prostej musiało być tego 3–4 km zaledwie. Może nawet mniej. Widać było wyraźnie bloki wysokich, nowoczesnych kamienic, zarysowane cieniem wąwozy ulic, jakiś wielki plac z czerniejącą plamką pomnika — pusty. Zupełnie pusty. Miasto szerokim wydłużeniem tego placu zbiegało do jakichś hangarów, składów, długich sznurów wagonów; tam zaczynał się zapewne, niewidoczny dla nich, bo przesłonięty zboczem góry, port. To miasto, wyrosłe niespodziewanie w pustkowiu północnych gór, z trzech stron oblane morzem, widziane wciąż, znikąd niedostępne, bielało w dole jak gród tajemniczy z zapomnianej rycerskiej sagi, gniazdo stworów przemyślnych, a złych.

— Panie podchorąży, panie podchorąży!

— Co tam znowu? — zapytał Wolski.

— Jest pan kapitan i pan pułkownik, i pan major. Pan pułkownik kazał pójść po pana podchorążego.

Kapitan? Pułkownik? Popatrzyli na siebie pytająco.

— Coś się chyba zaczyna — powiedział jeszcze Wolski.

IV