— Zapytaj ich pan o straty — mówił pułkownik.

Adiutant, pochylony nad wielkim stołem z nieheblowanych desek, pełnym map, szkiców sytuacyjnych, meldunków, powtarzał pytanie przez telefon. Łączność działała świetnie; głos z pozycji na górze huczał tu w sztabie tak głośno, że wszyscy obecni słyszeli go wyraźnie.

— Do tej pory czterech. Rannych trzech, jeden ciężej, w płuco.

— Co za zabici?

W sztabie zrobiło się ciszej. Telefon chrobotał dalej:

— Jeden podchorąży, jeden sanitariusz, dwóch strzelców.

— Zapytać, co za podchorąży — mówił pułkownik.

— Nazwisko podchorążego? — powtarzał do słuchawki adiutant.

Ale w tej samej chwili telefon się zaciął i odpowiedź przysyłana tam z góry, od linii, dochodziła tylko jako niezrozumiały poszmer dźwięków. Dwukrotnie adiutant powtarzał pytanie i rzucał:

— Nic nie słychać, nic nie słychać.