Szklanka z niedopitą herbatą, odsunięta przez jednego z oficerów, zadźwięczała w tym milczeniu jak gong.

— Pułkownik — zapytuje — co — za — pod — cho — rą — ży? — sylabizował donośnie adiutant.

— O jakiego podchorążego wam chodzi? — odpowiadał telefonista z góry, któremu widocznie pomieszał się wątek pytań.

Znowu wszyscy obecni usłyszeli wyraźnie telefon. Żachnęli się w tym samym odruchu zniecierpliwienia.

— O podchorążego, który zginął na kocie 405, podajcie nam nazwisko podchorążego, który zginął na kocie 405 — sylabizował raz jeszcze adiutant.

— Nazwisko podchorążego? Zaraz zapytam kapitana Dańca.

Teraz już odpowiedź przyszła szybko.

— Wolski. Podchorąży Wolski.

*

Leżą rozsypani półkolem, przywarci do ziemi, wtuleni w gąbczasty mech. „Może by przesunąć bardziej na lewo, o tam, stanowisko małego Kettlera: czy wtedy nie miałby w polu obstrzału tych cholernych brzózek? — Nie. Czy Michałek pilnuje ze swoim erkaemem tych tam pod złamaną sosenką? — Trzeba będzie przesunąć się do Jaskólskiego; czy oni tam czego nie widzą?”. Znowu przegwizdały kule w kierunku na porucznika...