— Z erkaemów nie strzelać bez rozkazu, tylko krótkimi seriami, tylko gdy naprawdę widzicie. Inaczej zmacają nasze stanowiska, wytłuką erkaemy, a wtedy koniec. Nie śmią wymacać erkaemów!
Rozkaz przechodzi w wykład. Strzelcy przylepli do rozpadlin, wczołgani w kępy bagienka, wszyci w zmarniałe górskie chaszcze, słuchają tego, co mówi Andrzej, i patrzą ufniej na dwa karabiny maszynowe wparte nisko w grunt.
Na góry od dwóch chyba godzin wysączył się bladawy, rozcieńczony mrok. Wodnisty mrok nocy skandynawskich. Wszystko widać jak za dnia, tylko że wszystko zszarzało. Kolory mają tylko najbliższe chojniaki, ostro zielone chojniaki, pod którymi są stanowiska trzech strzelców z Jaskólskim. Śnieg odcina się od szarości, a na nim niedaleka, więc jeszcze widoczna, czerwona, rozlana plama wokoło głowy sanitariusza, który padł. Gdy Andrzej teraz odwróci głowę ku prawej, może jeszcze dostrzec wyraźnie, o sto kroków, mundur feldgrau tego, który dostał z erkaemu Grudy. „Niepraktyczny jest ten kolor mundurów niemieckich” — myśli. Niemiec wyprężył się w skurczu śmierci i tak skamieniał. Wrasta powoli w tę nieruchomą senność górską, na jaką oni parę godzin temu patrzyli tak długo z koty 405.
Andrzej znajduje się teraz w sam raz na owym podługowatym płaskowyżu, który zamykał z drugiej strony nieckowatą kotlinkę. Wypatruje oczy w tym mglistym, bladawym mroczku, bo trzeba czuwać, a także, bo teraz widzi to wszystko, czego stamtąd za dnia nie mogli się wcale dopatrzyć. A więc na lewym skraju płaskowzgórza tamto wzniesienie rozczłonkowało się tu na dwa, może trzy garby: tam, gdzie te utrapione brzózki, ta złamana sosenka i może jeszcze ten jakby fałd, bardziej ku fiordowi? Tego wszystkiego wczoraj po południu nie można było dostrzec, gdy na wzgórze patrzyło się wprost. Zlewało im się to. Teraz, o kilkaset metrów bliżej, gdy ma się je od lewej, widać wyraźniej.
Odwraca głowę na prawo, nieco w tył. W tym kierunku garb górski, na którego grzebieniu wszystko to się odbywa, podnosi się coraz wyżej.
Widać wyraźnie taki taras, wyrastający wprost na nich. To stąd biją tamte ciężkie karabiny maszynowe. Góra spiętrza się jeszcze nad tarasem, idzie aż gdzieś ku granicy szwedzkiej, przechodzi w głazy i lodowce. Tam są dwa plutony ich kompanii, na wprost tamtejszych linii niemieckich. A dalej batalion trzeci. Gdyby mogły przełamać te linie, gdyby mogli spaść z góry na ten taras! Czekać, trzeba czekać, czekać.
Buty, spodnie, na których się leży, łokcie, na których się opiera, to wszystko jest mokre. W górach śniegi zaczęły tajać, pokrywając wszystko roztopem. Bezruch leżenia przepaja tę mokrość ziąbem studzącym cieplik ciała, słabiącym; żeby choć rumu dla strzelców; Chałupka dygocze, będzie do niczego. Kukurutz także. Czas dłuży się, dłuży i dłuży, aż wreszcie rozpływa się w owym czekaniu nie wiedzieć na co, rozcieńcza jak ten mrok w norweskim powietrzu. Napięcie pierwszych godzin walki, kiedy ludzie padali, kiedy szybko, w jednej chwili, opanowywało się teren lub oddawało, rozprowadza się teraz w owym oczekiwaniu pozycyjnym, kiedy naraz linie stanęły i skostniały, jak kostnieje w zimnie nocy tamten trup niemiecki. Andrzej podsunął się przez torfy, by sprawdzić, jak czuwa Jaskólski i tamci w chojniakach, i wrócił do erkaemów swojej drużyny. Znowu zastygł. Na niebie jest blady, smutny księżyc. Istotnie, widok, jaki oglądał wtedy po południu z Wolskim, nim przyszedł rozkaz, przesunął się bardziej naprzód. Teraz są u skraju owego garbu. Skraj opada już niemal równo, lasem młodej brzeziny, ku dołowi. Na dole wąską strugą wlewa się morze fiordu, wije się jakaś droga bezludna, rozsypały się dachy jakichś domków, kościołek biały z gontową59 wieżyczką: Ankenes. Po drugiej stronie całkiem wyraźny, niedaleki narwicki port. Port jest zupełnie zamarły, jak wczoraj miasto. W mieście, na wielkim placu, ciemna plamka pomnika jest trochę większa niż widziana stamtąd. Domy jeden od drugiego odcinają się wyraźniej. Wieże dwóch kościołów, niższych znacznie od wielopiętrowych gmachów, rozpaczliwie wydłużają swe strzałki. Fiord trzema wielkimi rozlewiskami obkłada to wszystko jeszcze większym znieruchomieniem, skamieniałością martwoty. Góry, morze, miasto, wszystko to zaparło jakby dech w sobie, wstrzymało krążenie krwi. Świat nachylił się nad tą garstką ludzi porozsypywanych w wądołach60 brzeźniaków, powczołgiwanych w rozpadliny i załomy, czających się przeciw sobie z bronią nowoczesną, z instynktem pierwotnym, zapędzonych w strony obce jednym i drugim, tak samo jednym i drugim dalekie, jednako cudze. Była chwila, że walka przedarła to całe znieruchomienie nagłymi skurczami akcji, hukiem strzałów, świstem zbłąkanych kul, jęczeniem ludzi powalonych w męce, cichym obsunięciem się ku ziemi rażonych śmiertelnie. Życie, zazwyczaj rozrzedzone na tych olbrzymich przestrzeniach tak skąpo, jak ciemność mroku rozrzedza się w nocy tutejszej, zbiegło się było na tym garbie górskim, jak krew zbiega się w skrzepie. Teraz znowu rozpływa się i rozsącza wszędzie. Teraz znowu wszystko rozprostowywa się znieruchomieniem. „Jest jak dawniej — myśli Andrzej — jest tak, jak tu było przed nami i jak w wieki po nas tu będzie. Tak samo pachną mchy zgniłe i obdarta przez zające brzozowa kora, tak samo szumią na wietrze chojniaki-niedorosty, tak samo bezludne są góry i tak samo nieruchome jest morze. Co się zmieniło przez to, że jakichś kilka istnień zgasło nagle, tak jak nagle znika liść zwiany wiatrem, jak gaśnie w wietrze wielkim płomyczek małej zapałki? Co się zmieniło przez to, że padli Gołębiowski, ten sanitariusz, ten Niemiec przede mną, Skuruta, Wolski? W świecie, w Polsce, w wojnie?”.
Znieruchomiały w olszynie, ziębnący każdym muskułem ciała, zanurza teraz myśli w roztworze prawdziwej kontemplacji. Taką kontemplację może dawać klasztor i wojna: daje ją zawsze przymusowy bezruch, wstrząs zetknięcia ze śmiercią, pustka górska i milczenie nocy. Wszystko to krzyżuje się teraz w Andrzeju, choć o tym nie wie, jak kilka godzin przedtem krzyżował się nad nim ogień cekaemów61 z tarasu i erkaemów spod tamtej sosny. Teraz nachyla się Andrzej nad tajemnicą niby to dobrze znajomą, a nad którą nie przystawał nigdy. Jakimże smętnym niczym są te śmierci! Jakimże niczym w świecie, gdzie tysiące tak samo odchodzi w ów no-man’s-land62 z tamtej strony pozycji życia, w Polsce, gdzie zginęły setki tysięcy, w wojnie, która miliony położy. Jakże tragicznie niczym. Nie ma ich. Koniec. Koniec.
*
Wzrok, który wpierał się w kępy zaschłych badyli, ważył spojrzeniem jak skrzydłem nad chaszczami brzeźniaków, prześlizgiwał się powoli od lewej do prawej i od prawej do lewej, spływa momentami dla odpoczynku tam, w dół i dal, ku morzu milczącemu ciężko w szerokim jarze fiordów. Jakże zginęli ci ludzie? Jak kamień, który by padł w tę senną masę wody i zadrgał na niej przez chwilę coraz słabszym, słabnącym kręgiem. Jak strzał samotny, który czasem trzaśnie to z tej, to z owej strony, przeświśnie kulą, otrzepie o gałęzie, wryje się, wkąsi milczkiem w grunt. „Trzy są rzeczy, których nic nie zmąci — myśli Andrzej — pustka górska, nieruchomość mórz i życie. Możemy tu paść wszyscy i wielu, bardzo wielu innych, ci, co są w dole i w odwodzie, i w sztabach, i jednym, jedynym rysem nie poznaczy nasz koniec gładkości tych rzeczy odwiecznych”.