W kierunku chojniaków, w których wartuje Jaskólski, prześmiguje w powietrzu, jak pocisk, manierka. Rum bulgocze lejąc się w gardło, miesza się ostrym zapachem alkoholu z gnilnymi oparami kotlinki.

— Pan kapitan wam posyła, chłopaki; szła do was wczoraj kolacja, ale nie doszła.

— Psiekrwie kucharze zeżarły — jęczy Michałek — kary bożej nie ma na te cholery...

— Przyssał się do manierki jak dziecko do cyca i innym nie daje — irytuje się Kukurutz.

Michałek z żalem oddaje manierkę.

— Bo musisz wiedzieć, chłopie, że pierwszy łyk rumu smakuje jak pluskwa. Dla tego, co się zna. Drugi smakuje też jak pluskwa, ale młoda pluskwa. Trzeci jak woda ze stawu. Czwarty też nie zanadto. I uważasz, dopiero piąty smakuje jak koniak.

Są dalej mokrzy, zziębnięci, ale rum zrobił swoje.

— Noc jakośmy odwalili — stęka Kukurutz.

Spojrzenie w kierunku sosenki, brzeźniaków, tarasu. Wszystko to obsnuwa się teraz w nici mgławej waty. Wszystko śpi.

— Niemcy tak samo mówią — podchwytuje podchorąży. — „O rany boskie — powiada tam teraz jeden do drugiego — to ten verfluchte Pole63 Kukurutz aus Olleschau im Deutsch-Oberschlesien64 ciebie, Fritz, jeszcze nie ustrzelił? Widać — powiada — Gott sei Dank65, od rumu w kafejkach francuskich ręka mu się rozlatała i nie taka jak za śląskiego powstania, nie taka...”.