Ben, comment qu’tu veux?10

— O Wiśle mówita, a po polsku nie umieta — wyrwał się trzeci.

— Kukurutz będzie nas uczył...

Andrzej uświadomił sobie właśnie, że ten huk armat, który przerwał ciszę górską nocnego marszu, był kojący, uspokajający, wzmacniał. „To dziwne — pomyślał — rok temu nie rozróżniało się, czy to nasze biją czy nie nasze; przechodziły przez ciało jednakowym skurczem niepokoju. Tak: wojnę w wojsku czuje się inaczej. Łatwiej? Czy łatwiej, to się zobaczy. Inaczej. Jak? Ten mały Kettler bierze ją jak polowanie; czyści swój erkaem11 jak rok temu dubeltówkę12 w Morgach. Kukurutz — jak pracę na kopalni, w trudnej szychcie13. Dla mnie, dla Ciemiora, dla Bończy, dla Riedla, Bocheńskiego, Rostworowskiego to albo Wielka Przygoda, albo dzień, dzień przez duże D. Dla oficerów? Czym jest wojna dla oficerów?”.

Droga coraz węższa, coraz mniej uczęszczana; pewno, gdy ma się fiordy, nie trzeba szos. Śnieg firnowy14, gruzłowaty, górski. Po prawej stronie drogi, ze wzgórz zasłaniających fiord, poprzez brzeźniak ugrzęzły w zaspach spłynęli: jeden, drugi, trzeci, w białych kapturowych wiatrówkach. Za nimi cała tyraliera15 na nartach: trzy śmigające pomiędzy drzewami patrole w jasnozielonkawych mundurach feldgrau16. Andrzej odtworzył w swojej pamięci chwilę sprzed paru godzin: w szkole, w Bejsjoern17, godz. 21.30, ostatnia odprawa. Kapitan wrócił właśnie ze sztabu batalionu, są dowódcy plutonów, zastępcy, podoficerowie. Stoją. Powoli, jakby wykładał, kapitan mówi:

— Kompania nasza posuwać się będzie, jako odwód batalionu, drogą, którąśmy przyszli tu rano z portu, przez góry.

— Po naszej prawej, brzegiem fiordu, przejdzie 3. pluton kompanii 3. porucznika Dolińskiego.

— Potem my.

— Po naszej lewej — batalion Legii Cudzoziemskiej18.

— Dalej, ku lewej, Norwedzy na nartach; pamiętać, że kolor mundurów taki sam jak niemieckich. Żeby mi który nie otworzył ognia.