Tymczasem Norwedzy spłynęli, popędzili dalej, przodem. Są smukli i wysocy jak ci na Hinnoy19, wtedy po wylądowaniu. Kompania wydłużonymi drużynami wydreptuje żmudnie śnieg zawianej drogi. Przed nimi, od wschodu, niebo rumieni się powoli bladym brzaskiem północnych poranków: zza gór przed nimi, białych jak wszystko, dolatywać zaczyna terkot karabinów maszynowych, huk armat. Karabiny maszynowe to dowód, że nasi natrafili na pierwszy opór.
— Godz. 5.05 — powiada podchorąży Stecki z plutonu karabinów maszynowych — tak samo o godz. 5.00 nad ranem dn. 6 października 1939 r. rozpoczęło się w lasach Włodawy20 ostatnie natarcie polskie na siły niemieckie...
I idą z Andrzejem obok siebie. Te karabiny maszynowe, grające za wzgórzami przed nimi, podniecają, niepokoją, drażnią. Trzeba się usunąć na ścieżce kopnej, żeby przepuścić sanitariuszy z noszami. Żołnierze ustępują z drogi, patrzą na puste długie nosze nieufnie, milcząco. Andrzej patrzy z żalem na wysokiego drągala Steckiego, który już go wyminął ze swoją drużyną karabinów maszynowych: nic do siebie nie mówili przez te pół godziny wspólnego marszu, poza tym wspomnieniem z Włodawy, z kampanii wrześniowej, i poza opowiadaniem, jak w 3. plutonie wybuchł wczoraj wieczorem granat, a jednak ten wielki chłopiec z niebieskimi niezdarnymi oczami krótkowidza, inteligent o długiej, śmiesznie chudziutkiej szyi, w okularach z grubego szkła, był mu właśnie teraz potrzebny. „Szkoda, że nie jestem z nimi w karabinach maszynowych — przechodzi mu przez głowę. — Właściwie jestem sam” — myśli.
Nowy odpoczynek, milczący, w śniegu, z odłożonymi na bok hełmami, oparci plecami o plecaki. Jest coraz jaśniej, wątek myśli snuje się dalej. „Jestem sam — powiada do siebie Andrzej. — Co mnie łączy z tym oficerem, dla którego to wszystko jest rzemiosłem odrabianym rzeczowo, zawodowo, jak siedzenie w biurze, jak urzędowanie na poczcie? Co mnie łączy z tym Stalicą, Michałkiem, Kukurutzem, których wojna wywlokła z fermy pod Arcis21, z kopalni w Marly-les-Mines22? Tamci lepiej ode mnie robią wojnę; ci posłuszniej przyjmują śmierć...”
Wojsko się rozgwarza.
— ...To ten nowy komisarz batalionu to był swój chłopak... nawet z Rawy Ruskiej23... Tylko we Francji był niemało lat. To on, jak my przez te skałki za Navas del Marques24...
*
— Któż to zna Navas del Marques?
Andrzej nie odwrócił się, pytając. Leżąc w śniegu, oparty plecami o ciężki plecak, był unieruchomiony. Pytanie padło w milczenie, zakłopotania pełne. Obsunął więc rzemienie plecaka, wstał. Strzelcy leżeli grupkami jak stado kuropatw.
— Kto był w Navas del Marques? — powtórzył.