— A to?
Na rękawie i nogawicy spodni są rude plamy. Andrzej ściera je chustką; krew wsiąkła już z błotem ziemi w khaki.
— Nim wyszedłem z meldunkiem, ściągnąłem na dół rannych — powiada.
— Którzy ranni?
— Z mojej drużyny: Kettler — obie nogi; kość, zdaje się, cała; Kukurutz — odłamkami w ręce, nogę, plecy, dużo mu krwi uszło; Wiczewski — strzał w szyję...
— Ciężej?
— Nie wiem: jakoś się wyczołgiwał. Kubicki — przedramię. Syty — gorzej: dostał przez pierś.
— Jeżeli ich pan przeczołgał, to znaczy, że można przejść?
— Można zawsze, panie kapitanie, ale strzelają już silniej. Wtedy obstrzeliwali jeszcze niedobitki kompanii 3. po tamtym natarciu. Teraz, kiedy szedłem tędy, silnie strzelali...
— A... a jak tam porucznik? Bardzo w portki robicie?