Kapitan przypatruje mu się przez chwilę, nic nie wydając po sobie72. Odpowiada ze staranną obojętnością:

— Jeśli pan wróci tutaj... Chciałem przez pana posłać porucznikowi... odpowiedź, jaka przyjdzie ze sztabu.

— Będę za godzinę — powiada Andrzej — wcześniej z dołu nie przyjdzie nic.

Wie dobrze, jak trudno było o przybycie sanitariuszy. I dodaje do zbiedzonego Chałupki:

— Pójdziemy, Chałupka. Uważajcie, jak ja będę szedł pierwszy. Padać, iść skokami. Broń Boże nie śniegiem. Na śniegu was widzą jak cholera. Widzieliście, jak szedłem. Allons73 — powiada.

I chłop-emigrant, nawykły do francuskiego brzmienia rozkazów, idzie ufniej, sporzej74 na dźwięk obcy...

*

Jakże Andrzej już zna tamte przejścia!

Więc najpierw jest stok koty 405: chojniaki, leszczyny, kępy.

„Tu nie ma niebezpieczeństwa” — powtarza jeszcze do siebie i powtórzyłby Chałupce, gdyby ten nie zostawał w tyle. Wprawdzie jest to na wprost owej góry nieprzyjacielskiej z jej sosenką i brzeźniakiem, ale odległość jest jeszcze znaczna, pewność strzału niewielka. Poza tym strzał na skos. „Najgorsze jest to, że mogą dostrzec, jak się posuwam, i przygotować, gdy im podejdę bliżej”. I mimowiednie posuwa się wpółleżąc, ruchami miękkimi, bez nagłych przypadań, wężowo, kocio.