Po chwili jest już gorzej: stok się kończy, a raczej przestaje chronić po prawej. Andrzej przykuca na moment pod nowym opiekuńczym chojniakiem. Namyśla się. Zezuje w prawo: o czterysta metrów ma już taras, ów taras z cekaemami nieprzyjacielskimi, który tak im dokucza od wczoraj. Przez chwilę mały człowiek skulony pod drzewem na dnie już prawie kotlinki wypatruje nieufnie kamiennego występu skalnego. Nic. Nic. Skok w dół, dwoma susami przez śnieg; byle nie za głęboki, byle nie zabrnąć butem, nie ugrząźć bezradnie jak mucha w lepie celem łatwym dla kul, punktem czarnym na śniegu białym. Sus. Dwa długie, cienkie świsty. „Zaczęło się — myśli Andrzej i dodaje uwagę techniczną — poszły górą, dalekie”. Leży teraz w trawie kotlinki, niemal, niemal na drugim jej stoku: trawa jest ruda i płowa, mundur khaki ginie w niej świetnie. Poprzez badyle patrzy: skalny taras jest wysoki i nieruchomy. Ale kule były na pewno stamtąd.

Wiatr idzie od wschodu, od granicy szwedzkiej, i zawiewa drobnym, kolącym twarz śniegiem. Żebyż go więcej! Ugięty w trawach człowiek wyczekuje. Poderwanie się nagłe od ziemi, bieg w skuleniu, tylko z głową podniesioną, karabin, krótki podhalański karabin dobrze w obu rękach, gotowy. I przypadnięcie. Nic? Jasne, że stamtąd na czterysta metrów widać w śniegu dobrze, po trawie, przez krzaki — wcale. Żeby ten śnieg zdradziecki mógł wreszcie zejść; przecież to maj! Nikt nie strzelił z tarasu i teraz już sam taras zakrył się drugim stokiem kotlinki, zboczem tego piaskowyża, na którym trwa ostatek plutonu, skąd widać tak dobrze morze, Ankenes, Narwik. Teraz rozpocznie się przesuwanie parusetmetrowe zboczem, kluczenie przez krzaki, skoki od jednego wykrotu pod drugi. Niebezpieczeństwo zmienia się jak kameleon: zachodzi z boków, jest z lewej, jest bliższe, jest niespodziane. Przedtem wiedziało się: taras. „Teraz kto wie, czy za skałą przede mną, w tych krzakach, za tym maliniakiem ktoś się nie zaczaił i nie czeka, jak myśliwy, który o zmierzchu zasiadł na polanie, dokąd wychodzą o księżycu rogacze?”. Dwa razy prześlizgał się już Andrzej po tych kamieniach, trawach, krzakach i mchach, ale na tym przedostatnim odcinku drogi niebezpieczeństwo mu się rozszczepia. To nie tylko kula, wyrzucona z daleka, nieosobowa, niewidzialna. To człowiek w feldgrau, jak ci, co pokładli się na stoku tamtym, pod erkaemem Grudy, jak tamten, któremu hełm odwaliła kula i czoło bieleje na trawie. Ten człowiek będzie patrzał spod hełmu ludzkimi oczami. Z jego wzrokiem on się napotka. Z jego pięściami może się zewrze. I Andrzej, na owym stoku, przesuwający się od załomu w załom, od wklęśnięcia do wklęśnięcia, naraz oddrapuje w sobie nie tylko zaschły instynkt tropionego zwierzęcia, ostrożność leśnych podchodów do wodopoju, gdzie czuwa drapieżnik lub łowca; to jeszcze jakieś pierwotne, niezdarne, odżywające właściwości czajenia się w dżungli zaczynają pełzać mu we krwi.

Jakaś kula prześwisnęła bokiem. Aż niezdarnie. Nic i nic? Już trzeba się wciągnąć na płaskowyż; naga torfowa łączka — robi się to w trzech skokach — i pozycje. Wszystko dalej trwa. Walają się pozostawione maski, ładownice, karabiny. Po numerze — numery karabinów wszystkich członków swej drużyny ma Andrzej zapisane w notesie — odnajduje karabin Chałupki. Leżąc przy poruczniku odpoczywa chwilę, z oczami w niebo, dysząc. Wszyscy tak teraz leżą. To nie był łatwy spacer.

I — powrót.

Jak długo leżał?

Nie wie tego; nie ma zegarka. Na pewno za długo.

Leżąc patrzał w niebo, spał. Nie widział tego, co się działo w górach. Dobry, ostry wiatr, który rano napędzał śnieg ze szczytów i mroził palce w uchwycie karabinu, przestał tymczasem wiać. Słońce weszło wysoko na blade, porcelanowe niebo i wszystko tonie teraz w czystym powietrzu górskim, rozświetla się ostrą, nieubłaganą wyrazistością. W głębi kotlinki, o paręset metrów na prawo, odcina się nie tylko każda gałązka na śniegu, ale wprost widać cień, jaki rzuca tamten chojniak, poobrywany, jakby wyliniały. „Mnie także tak będzie widać. Tak nie chce mi się iść, tak strasznie nie chce” — analizuje leżąc jeszcze Andrzej. Dlaczego? Po prostu tych kilkanaście godzin napięcia wyżęło go. Rum wypity u kapitana działa nasennie. Beznadziejność tego konania na pozycji, gdzie każdy ruch jest pod obstrzałem z dwóch stron, gdy czeka się na nie wiedzieć jaką już pomoc, skoro tamte, o świcie, się załamały? Boi się tej drogi w wielkim słońcu dnia? Może jest to przeczucie nieuświadomiane sobie jeszcze zupełnie, jak jeszcze nieuświadomione przeczucie miał wtedy mały Wolski? Andrzej opukuje własną świadomość, jak lekarz opukuje plecy chorego szukając podejrzanych szmerów w płucach, zajęcia szczytów kawern75. Ale nic nie może znaleźć. Iść trzeba.

— Przyniosę, jak tylko co będzie, panie poruczniku. Powiem wszystko, wszystko.

Porucznik uśmiecha się blado, wdzięcznie. „Nie: oni tu wszyscy już orzą nerwami i trzeba by ich pobudzić przy pomocy takich brutalnych stuknięć, jak mnie przywracał do formy kapitan” — myśli Andrzej. Nie da rady. Szesnastka ludzi, skupionych koło porucznika, odprowadza Andrzeja wzrokiem; przejdzie czy nie przejdzie? Pomoc jaka narodzi się znowu czy zostaną już tak, czekając, aż się nieprzyjaciel jeszcze lepiej wstrzela w to wzniesienie, nad którym przecież góruje z dwóch pozycji, aż do wyczerpanych podpełznie fortunniej, niż próbowali to zrobić — przedwcześnie — ci, co dostali się rano pod erkaem Pelca. Jest już blisko dwadzieścia godzin, jak tak trwają; jak długo jeszcze?

Łączkę, którą na płaskowyżu przesadzał idąc skokami, teraz przepełza od początku. Przepełza tak starannie, że aż dziwi się, kiedy śmiga pierwsza kula, widać odmierzona dobrze. „Więc jednak widzą? Już teraz dostrzegają w trawie rudej po śniegach i dosyć wysokiej; co będzie potem?”. Leży długą chwilę znieruchomiały. Parę metrów tego przeczołgiwania. Nowe dwa świsty. Po gwiździe poznać, że bliskie. Teraz Andrzej już wie: to jest najgorsze. Pojedynczego strzelca, który do niego celuje, nie odstraszy myśl, że zdradzi swoje stanowisko. Czymże jest w takich górach stanowisko pojedynczego strzelca? Taki pojedynczy strzelec — to może być strzelec wyborowy, celuje dobrze, bije na upatrzonego. To są już łowy na jednego, jednego zwierza. Tym zwierzem jest on.