Znowu posuwa się i znowu strzał. Widocznie na tle tej trawy nie widać munduru; widać ruch. To bardzo ważne; trzeba jak najmniej krótkich, urywanych ruchów, a potem długie przerwy. Andrzej wie po tej nocy, jak męczy się straszliwie oko, wypatrując w jakichś chaszczach, na tle płowych połonin czy pod smreczkami, jakichś ruszających się postaci. Trzeba zmęczyć oko tego, który tam się zasadza, nużyć je, aby straciło pewność. Posuwa się właśnie tak, jak obmyślił. Strzał pada, ale jakby dalszy. „Nie, na pewno nawet dalszy — upewnia się Andrzej — teraz znowu strzelili i znowu dalej. Zamiast się wstrzeliwać coraz lepiej, pudłują. Żeby nie trzeba było za sobą ciągnąć drugiego karabinu...”.
Sam nie wie, jak spływa z płaskowyżu na stok, jak wydostaje się na zbocze kotlinkowej wklęsłości. Teraz widzi już ziemię obiecaną — kotę 405, pozycje kompanii, kapitana; cholernie dużo śniegu na jej zboczach! Ale teraz od tamtego strzelca, co posyłał kulę za kulą, gdy on, Andrzej, był na łączce, jest już zasłonięty. Można prędzej. Skokami wzdłuż zbocza.
— Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta — rozstrzeliwa się naraz powietrze.
Andrzej padł, wczołgał się w jakąś nierówność. Piekielnie bliskie. Pistolet automatyczny chyba? Głośne, klaskające, pękające jakby pociski. Może ekrazytówki76? Skąd?
Skok.
— Ta-ta-ta-ta-ta-ta — rozłoskotuje się znowu.
— Wziu, wziu, wziu — śpiewa po nich.
Gałązki tej brzózki nad nim, niskie, biedne gałązki obsypują się skoszone bezszelestnie. Andrzej wyczaja się, spręża: żeby nie ten drugi karabin!
Skok. Przeciągły, nerwowy skok.
— Ta-ta-ta-ta-ta — znowu i znowu.