Ktoś leży pod tamtym kamieniem.

Andrzej wystawia głowę, podpełza. Z naszego czy nie naszego plutonu? Nie może poznać. Ma mundur podhalański, ale twarz skurczoną, zsiniałą. Obiema rękami wpiera się w rozerwany brzuch. „Który to może być? — zastanawia się podchorąży. — Kiedy padł? Kiedy ja szedłem, nie było go. Ach, tak; nie szedłem tędy”.

Najwidoczniej zmylił drogę pełzając, uskakując. Kierunek dobry, droga inna. Tam znał już każdy krzak, wiedział, w jakim wklęśnięciu można przywarować, gdzie człowiek przywrze bez reszty. Jakże człowiek w takich chwilach wchodzi w ziemię, dostosowuje się jak do kobiety. „Którędy teraz? Ta skałka?”. Długi szary głaz wyrasta o dziesięć kroków przed nim; doskonały skok. Nie; przepełznie trochę i dopiero skoczy. Tak się też staje. Skoczył. I naraz, jeszcze w skoku, wypada bliska, dygocząca seria.

— Ta-ta-ta-ta-ta...

— Ta-ta-ta-ta-ta — szczeka naraz z lewej.

I w dwóch miejscach szarego głazu sypią się ogniste strzały, odłupując kamień w pył i odpryski. Andrzej dostaje nimi po rękach, po twarzy. „Pociski świetlne” — poszło przez myśl.

Nowa seria. A raczej dwie serie z dwóch pozycji.

Andrzej leży, leży. Wciska się pod kamień, który tu nawisł jakby nad mchami. Zamiera.

Nowa seria obsuwa się błyskami ognia po granicie.

Nowa seria zaszeleściła w mech.