„Cicho, cicho” — mówi do siebie człowiek.
Istotnie, na chwilę wszystko wygładza się ciszą. Nad kotlinką, na której skraj już prawie dotarł, wyrosło wielkie, południowe słońce, stało się jasno, jasno, przejrzyście. Jeszcze bardziej niż wtedy, gdy — przed trzema kwadransami chyba — zaczynał swoje pełzanie. Tak zastygł, że widzi tylko niebo nad głową albo piach, z którego wciskając się zdrapał mchy. „Jakie to jest wszystko nieskończenie obojętne — myśli. — Wielki fiord, widziany ze wzniesienia, gdzie leży porucznik i pluton, musi mieć o tej porze swoją niewzruszoność północnych mórz. Czy Narwik widać lepiej w południe? Dachy domków małego Ankenes... O jakże wielu rzeczach dalekich i obcych można myśleć, gdy nad człowiekiem czai się los. Jak to niczemu nie przeszkadza. Jak wiele myśleń ułatwia”.
Andrzej leży długo, tak długo, że w chwili, kiedy naraz, jednym rzutem, odrywa się spod głazu i zapada w mchy o nieznaną ilość kroków, nie wyrwała się żadna seria. Czy tam przy erkaemach zagapili się Niemcy? Czy myśleli, że nie poderwie się już więcej? Ogląda się jeszcze na głaz. Białe rysy podrapały go w kilku miejscach: ślady kul. „Jakże to przeszło blisko, blisko — dziwi się człowiek. — Jak mało potrzeba na to, żeby...”. I skok. Nowy skok. To, że nic nie zaszczękało w powietrzu, że żaden świst nie odłupał gałązek małych brzeźniaków, sprawia teraz dziwne wrażenie. Właściwie niepokój. Dlaczego? Gdzież się teraz znowu czają? Nie, nie da się tym zwieść. Wie dobrze, co to jest. Znudzeni bezczynnością, przy świetnej porze dnia, zagrzani poranną walką, Niemcy polują sobie na tego człowieka, jednego jedynego, który przekrada się od kępy do kępy. Zaczajają się. I naraz Andrzej uświadamia sobie, że jego towarzysze i on sam robili to samo. Podnosi głowę nad mchy. Rozgląda się. Jest niedobrze.
Znowu pomylił drogę. Kępami, zaroślami, wyszukując ukrycia, podlazł niezupełnie w kierunku dawnego szlaku. Tak. Kota 405 wznosi się o kilkadziesiąt, sto kilkanaście metrów, ale jest to jej stok nachylony do tarasu, nieprzyjemnego tarasu tylu przechodów. Taras, stary, niedobry znajomy, milczy teraz cicho, choć do Andrzeja ma z tej góry ledwo trzysta metrów. Andrzej wie, dlaczego tamten milczy: oto człowiek, na którego się poluje, jest wprawdzie jeszcze w tej chwili w zaroślach skarlałych brzezinek i chojniaków, ale jest u ich skraju. Teraz, u dna kotlinki, rozpoczyna się goła zupełnie równia torfowiska i człowiek fatalnie będzie musiał na nią wejść.
Długa chwila ważenia decyzji. Rozmowy z sobą.
„A za torfiakiem?”
„Za torfiakiem jest biała połać śniegu”.
„A potem zaraz?”
„Potem, zaraz potem, już stok koty 405”.
„Koty 405?”