„Tak, koty 405. Trzeba tylko przebiec ten śnieg, przesadzić tych kilkanaście metrów pod górę. To dwie minuty, trzy minuty czasu. I już”.
Długie wahanie. Wszystko w słońcu południa milczy. Jakby drzemało lub czekało. Czekało na kogoś, na coś.
Powoli Andrzej wpełza na torfowisko. Bardzo niezdecydowanie, to prawda. Ale ruch w niezdecydowaniu pozostaje ruchem. I oto już je przepełzł, już jest na jego skraju, głową niemal na śniegu, który skrzy się jak zwykle w górach w marcu: oślepiająco jasno. Niepokojąco jasno. Teraz już tylko poderwać się i przebiec. No, rrraz!
I jednym rzutem Andrzej podrywa się i rzuca, jak pchnięciem — nie na ten śnieg. Z powrotem, z powrotem! I potem skulony, wzdłuż krzaków, którymi dopełzł na ten skraj, uskakuje ku tamtemu zboczu koty 405, skąd już tarasu nie będzie widać.
W pędzie biegu, przesadzania kęp, zbutwiałych pniaków i kałuż słyszy jeszcze regularne grzmocenie broni maszynowej, nastawionej na tamten śnieg, na strzał pewny, z zasadzki. Już coś śmiga i po jego krzakach. Niepewnie i beznadziejnie. A zwłaszcza — za późno.
*
— Jak tam?
— To samo, panie kapitanie. Czekają, trzymają się.
Kapitan patrzy uważnie, nie mówi nic. Strzelcy, którzy przedtem pamiętali rozmowę z Andrzejem, patrzą tak samo uważnie. Lekcja kapitana nie była daremna.
— Trzymają się, panie kapitanie. W porządku.