— Jakżeż, panie poruczniku...
— A w sztabie wiedzą?
— Panie poruczniku...
— No, więc dlaczego...
Schylili głowy. Pocisk moździerzowy przefrunął ciężko nad wzniesieniem i wrył się w ziemię łączki, o kilkanaście metrów.
— Niewypał...
— Raz mamy szczęście...
Strzelcy popodnosili głowy: czekają na dalsze strzały. Ale nic nie nadchodzi. Pustka i ziąb. Wciśnięty w chojniaki przy ostatnim erkaemie, czuwa Gruda. Leżąc uderza butem o but, żeby się rozgrzać.
— I każą nam tak czekać?
Oczy porucznika, szare, żywo patrzące oczy, są teraz napełnione zmęczeniem po same białka. Andrzej milczy. Porucznik zawodowy z Polski i podchorąży ochotnik z Coëtquidan77 patrzą sobie w oczy. „Jemu było gorzej, gorzej niż mnie — myśli Andrzej — jemu się zdaje, że to kilkakrotne przechodzenie z meldunkami od nas do kompanii na kocie 405 i z powrotem było ciężkie. A ja wolę tysiąc razy to przechodzenie niż takie leżenie bez ruchu, w zimnie, mokrości, odsłonięty, pod strzałami, które padają niespodzianie a ciągle”.