Po górach rozsiąpał się wieczorny, mżący deszczyk, beznadziejny, żałosny. Rudość traw, bezlistność pozimowa drzew przypomina naraz jesień. Góry za fiordem zlały się z szarością nieba, Narwik rozcieńczył się w mglistości, białe plamy domów Ankenes mniej odcinają się w dole. Gruda skarży się na złą widoczność. Za dwie godziny, jeśli nie wcześniej, trzeba będzie wystawiać co najmniej po osiem czujek. Niemcy mogą podejść jak nic. Co zrobić, żeby ci ludzie nie spali, nie spali? Jak przepełzł tu z odpowiedzią kapitana, nie słyszeli go wcale. Ileż to już będzie od chwili, gdy w dwóch rzutach pluton ruszył na owo wzniesienie. Trzydzieści godzin. To coś jest.

— To znaczy, mamy czekać?

Okropne słowo. Okropnie brzmi na tym wzniesieniu, wśród tych leżących, na wprost tamtych zwłok odciągniętych, które zastygają przywierając do ziemi. („Którzy to? Majewski? Nie. Majewski tam w dole, już w kotlince... Ziemnowicz? Grajcarek?”).

— Tak, panie poruczniku. Mamy czekać. Aż wwindują moździerze. Aż dadzą sygnał.

— I nie wiadomo, kiedy?

Strzelcy patrzą milcząc. Andrzej jest naraz jakby częścią tego sztabu, co zwleka, tej obsługi moździerzowej, która nie przychodzi, która się guzdra, tego wszystkiego, co pozostawia ich tak bez pomocy.

— Nie, panie poruczniku, nie wiadomo. Moździerze są francuskie. Pułkownik Mally obiecał, co może...

— Francuzom się nie śpieszy...

— Francuzi, panie poruczniku, zostali zawiadomieni dziś po południu. Dziś po południu. Na kotę 405 wchodzi się dwie godziny. Na 603 chyba ze cztery. Niech pan doda do tego obciążenie moździerzy. Panie poruczniku, nie mogą wcześniej. Przyjdą najprędzej, jak będą mogli.

— Pan tak myśli, panie podchorąży?