— Ja tak wierzę, panie poruczniku.
W oczach strzelców, żołnierzy z Francji, zbielałych od zmęczenia, zapalają się słabym ogniem jakieś błyski.
— Ja to wiem, panie poruczniku, ja jestem tego pewien.
I naraz Andrzej uświadamia sobie, że wcale nie wie i wcale nie jest tego pewien, że co prawda francuskie dowództwo cechuje dbałość o żołnierza posunięta do drobiazgowości, że wszystkie straty w ludziach, zwłaszcza straty nieuzasadnione koniecznością, wydają im się zbrodnią, ale że powolność w działaniu jest i tam wielka. Co będzie? A jednocześnie takie słowa pewności są potrzebne. Konieczne. Powtarza je więc i mówi dalej z przekonaniem najgłębszym. („Rum — myśli w duchu — morfina wstrzykiwana w myślenie tych ludzi? Jak długo taki zastrzyk nadziei będzie działał? Do nocy — czy przetrwa? I jak potem osłabnie człowiek, jeśli przełom tymczasem nie nastąpi?”).
— No i co, panie podchorąży?
— Jak to co, panie poruczniku, czekamy.
— Na te francuskie moździerze?
— Na te francuskie moździerze.
W mgle szarej, dobrze zmierzchowej, widać garb wydłużony kreską spośród dziesiątka innych garbów; kota 603 milczy. Ostatni strzelec plutonu wie, że tylko kota 603 może zmusić do milczenia wszystką broń maszynową Niemców; ale na kocie 603 muszą być moździerze, a moździerzy tych nie ma.
— Nie napije się pan?