— Gruda!

— Słucham, panie poruczniku.

— To wy tam śpiewacie?

— Nie śpiwam, panie poruczniku; na stanowisku nigdy bym nie śpiwoł. Tylko ze sam jezdem, to sobie ponuce...

W dole, słuchając rozmowy, jakoś wszyscy są rozbrojeni. Ten Gruda, cholera. Śpiwo sobie. Sam porucznik się waha.

— To wam niby tak wesoło?

— Kto mówi, że wesoło, panie poruczniku. Ja zawsze taki śpiwający był... pan porucznik sam wie, z Ploërmel78... Jakeśmy ta drzewo w październiku wozili, bywało jesce w Polsce, z piotrowickiego lasu. Taka sama była mokrość w powietrzu, to się śpiwoło. Jak teraz tak mokro, to się tamto rozpamięta... Jechało się, jechało, bo las był wielgi. Jesce go nie były wycienły. Et alors79, pan porucznik tak jeździli do lasu? Ale pewnikiem na polowanie, po pańsku... To się także jadęcy śpiwało...

Po ludziach przechodzi fala ciepłego rozpamiętywania. Taki popiół, stygnący powoli, w którym jeszcze tlą czasem czerwone serduszka żaru. Kasprzak pociąga nosem; Kasprzak zawsze pociąga nosem, kiedy go coś bierze. „To jest żołnierz, ten Gruda — myśli Andrzej. — To byłby oficer, ten by dowodził. Nic go nie rozmiękcza, nic go nie rozkrochmala. Ach, Gruda”.

W tej chwili huk, którym wstrząsnęła się górska martwość, przerywa Grudowe śpiewanie. Drugi, trzeci. Strzelcy przywarli do ziemi: moździerze! Ale na nikogo nie posypała się nawet ziemia. Chwila przerwy i znowu trzy strzały, i zaraz potem drugie trzy. Słupy ziemi wytrysły koło sosenki. Gałęzie wyrzuciło pod niebo z tamtych brzeźniaków. To nie są moździerze niemieckie z rana; to poczęła gadać kota 603.

— Francuzi, panie poruczniku... — powiada ktoś półgłosem.